Powrót z raju

Zrobiło się ciepło. Wyciągnęliśmy z szafy krótkie spodenki, a tam w kieszeni 700 rupii, czyli niewiele ponad 20 groszy ;-P. Pomyśleliśmy, że najwyższy czas, po roku od wyprawy, zrobić ostatni wpis z podróży, a właściwie z powrotu do Polandii. Jazda na lotnisko Z Flores udało nam się wydostać – bladym, a raczej ciemnym świtem, wsiedliśmy na łódki, przepłynęliśmy z naszej bambusowej chatki na ląd, gdzie czekał na nas migające i grające bemo. Pędziliśmy sobie na lotnisko – podziwiając przy okazji oświetlone niczym wiejska dyskoteka groby przed domami. A wszystko to w rytm disco-reggae-techno. Wszystko poszło gładko nasz samolot bez problemu …

O czerwonym jeziorze, które było zielone.

Jak już pisaliśmy, razem z toną cementu, dojechaliśmy do Moni – małej górskiej wioski. Według LP Moni to miejsce z małą liczbą miejsc noclegowych, które w dodatku bardzo szybko się zapełniają. Zaraz po wyjściu z autobusu zaatakowali nas hotelowi naganiacze. Pokazali pokoje za 35 lub 25 dolarów oraz jeden za 15 (nie chcielibyście go widzieć) Oczywiście były to absolutnie jedyne wolne pokoje w miasteczku. Wszystkie inne już były zajęte i nie było najmniejszego sensu dalej szukać. Stwierdziliśmy jednak, że damy sobie szansę i czegoś poszukamy. Cóż za zaskoczenie! Za pierwszym zakrętem było kilka kolejnych pensjonacików i uwaga, uwaga – były …

Z Boawae przez Ende do Moni

Wkładamy plecaki, ostatni raz idziemy wzdłuż alei cele brytów żegnani okrzykami „Hello Mister!”. Dzielnie stajemy przy drodze i czekamy. Podjeżdża do nas ojek (motocykl-taksówka) i przez kolejne pół godziny rozmawiamy z jego właścicielem, który uwaga, uwaga: NIC OD NAS NIE CHCE poza rozmową. Dochodzimy do wniosku, że nauczyciele mało zarabiają, a rządy są skorumpowane. Najbardziej ojeka rozbawiło to, że ktoś może chcieć mieć ciemną skórę i się opalać. A już kompletnie nie pojmował po co komu kosmetyki samoopalające i bronzery. W Indonezji większość kosmetyków ma składniki wybielające. W końcu nadjeżdża nasz autobus (choć autobus to dużo powiedziane). A nasz ojek …

Jak zostać celebrytą

Jak zostać celebry tą? Nic prostszego – trzeba obudzić się rano w Bajawie. Pójść z wielkimi plecakami na targ, szukać busa (mimo, że wszyscy się z ciebie śmieją i wmawiają ci, że na miejsce możesz dojechać jedynie czarterem albo taksówką, która oczywiście kosztuje 5 razy drożej), a na koniec po 1,5 godzinie wysiąść w Boawae. Teraz wystarczy przejść się przez wieś, żeby z każdej szkoły i każdego okna usłyszeć „Hello Mister!”. A tak na serio to… nie do końca odnajdujemy się w roli atrakcji turystycznej. Dorośli i małe dzieciaki są strasznie miłe. Natomiast przerażające jest to, że tak na oko …

Wielka kąpiel

Wbrew wszelkim oczekiwaniom wyruszyliśmy punkt 8:30. Na całą naszą ósemkę czekały dwa afro-reggae busy. Nie chcecie wiedzieć jak bardzo były przerdzewiałe i dziurawe i jak niewiele widział kierowca zza sterty pluszaków przyklejonych do szyby i ustawionych na desce rozdzielczej. Nasz ubezpieczyciel też pewnie wolałby nie wiedzieć. Nasz sprawiający wrażenie cwaniaka przewodnik okazał się naprawdę świetny. Na pierwszy ogień zabrał nas do swojej rodzinnej wioski i do domu swojej mamy. Siedząc w świętej izbie przy herbacie słuchaliśmy opowieści o ludziach z Flores. Jeżeli nie wiedzieliście, to Flores jest w 90% katolicka, co nie przeszkadza lokalsom rozróżniać między „religią” czyli katolicyzmem, a …

Surfujące kozy

Jeszcze w Labuan Bajo , w warungu pt. wok na ziemi i dwa stoły, spotkaliśmy Szwajcara, który właśnie przejechał całą wyspę ze wschodu na zachód. Powiedział, że był na Flores 20 lat temu i zachwycał się super nową i doskonałą drogą „Trans Flores Highway”. Dodał nam otuchy, bo w ciągu najbliższych dwóch tygodni chcemy zrobić to samo co on, tylko w odwrotnym kierunku czyli przejechać z Labuan Bajo do Maumere. Wyjazd z Labuan Bajo zaplanowaliśmy na 24 lipca. Dzielnie zrezygnowaliśmy z autobusu dla turystów i o 5 rano ruszyliśmy w poszukiwaniu busa dla lokalsów. Poszło szybko – po jakichś 15 …

Typowe, zakurzone i brudne azjatyckie miasteczko

Jesteśmy na Flores. Statkiem dopłynęliśmy do Labuan Bajo. Jak to określił jeden z naszych współpasażerów „typowe, zakurzone i brudne azjatyckie miasteczko”. A przy tym drogie jak jasny gwint! Przynajmniej jeżeli chodzi o ceny dla turystów. Średnio dwa razy drożej niż na Bali czy Lomboku. Miejsc noclegowych jak na lekarstwo. Zrobiliśmy rundkę wokół miasta, podczas której słyszeliśmy głównie „sorry, full”. W akcie desperacji chcieliśmy już iść spać na podłodze w zakonie urszulanek. W końcu znaleźliśmy hotel na wzgórzu – ceny też były „wzgórzowe”. Na szczęście kiedy powiedzieliśmy, że jesteśmy z Poland a nie Holland właściciel dość mocno się ucieszył i zaczął …