2640 m n.p.m.

No więc… najwyraźniej postanowiliśmy popełnić samobójstwo poprzez wejście na kalderę krateru pod świętą górą Rinjani. Wszystko zaczęło się o 5 rano, kiedy przyjechał po nas jeep i zabrał nas na północ wyspy do wioski Senaru. W bazie Rinjani Trekking Club dostaliśmy cholernie mocną kawę i nieśmiertelny „banana pancake” po czym przejął nas przewodnik i poznaliśmy naszych dwóch tragarzy. My uzbrojeni jak na Mount Everest w buty trekkingowi, oni w japonkach lub boso. Na początku było nam strasznie niekomfortowo i głupio, że ktoś niesie za nas jedzenie i mnóstwo wody, namiot, maty i śpiwory. Jeszcze gorzej nam się zrobiło, jak się …

Jedzonko i takie tam…

Odgrażaliśmy się, że będzie o jedzeniu, więc będzie. W jednym zdaniu: jedzenie jest obłędnie dobre. Na śniadanie dostajemy zazwyczaj słynny azjatycki wynalazek – „banana pancake” czyli naleśnik z bananami. Ania ma go już trochę dość, Krzysiek nadal pałaszuje ze smakiem. Pytaliśmy lokalsów, co jedzą na śniadanie i okazuje się, że żaden banana pancake tylko ryż z czymś, czyli dokładnie to samo, co my wcinamy na obiad i na kolację. Wczoraj na promie ok. godziny 9 rano krążyło kila pań sprzedających właśnie taki ryżyk zawinięty w liście bananowca, który lokalsi dzielnie kupowali i jedli, więc chyba za niedługo się na taki …

Szkoła asertywności

Postanowiliśmy pobyć „turystami” i zwiedzić okolice. Na Bali w sumie nie ma transportu publicznego, poza taksówkami, więc zwiedzanie nie jest takie łatwe jakby się wydawało. Zdecydowaliśmy się na wycieczkę z lokalnego biura informacji turystycznej, bo wydawała się najpewniejsza i najrozsądniejsza. Wszystko zaczęło się pięknie. Przyjechał rozgadany kierowca i zapakował nas, parę Niemców oraz Koreankę do busika. Już przy pierwszej świątyni okazało się jak wiele było napisane małym drukiem i jak mało jesteśmy asertywni. Oczywiście absolutnie i koniecznie i bezdyskusyjnie trzeba było kupić sarongi, bo bez nich nie można wejść do żadnej świątyni. Nie dość, że za nie przepłaciliśmy, to jeszcze …