CO ROBI TŁUMACZ NA CAMINO…?

Tak sobie myślę, że tłumacze w jakimś sensie na Camino byli od przysłowiowego „zawsze”, skoro od średniowiecza do Santiago pielgrzymowali ludzie z całej Europy. Na co dzień króluje angielski lub uniwersalny język uśmiechów, kiwnięć i machnięć mających jedno zadanie: sprawdzić, czy z idącym za lub przed wszystko OK, dać znać, że tak i tchnąć trochę życzliwości i otuchy. Do tego nie trzeba mówić w żadnym języku. Być może to właśnie tak ludzi tu przyciąga. Od kilku dni mijamy parę Rosjan, która wyruszyła piechotą z Moskwy. Oni nic po naszemu i żadnemu innemu, my nic po ichniejszemu, ale dajemy radę.

Kościoły też są przygotowane (na tę garstkę pielgrzymów, która zagląda na mszę – ale o pielgrzymach vs. turystach następnym razem) i mają kartki z tłumaczeniami modlitw na kilka języków. Czasami te tłumaczenia są dość zabawne. Ostatnio przez pół dnia zastanawiałam się, czym jest tajemnicze ‘dostarczenie krzyża’. Okazało się, że po mszy ksiądz rozdaje pamiątkowe krzyżyki pielgrzymom.
Kilka dni temu tłumaczenie przydało się jednak szczególnie. Jakiś kilometr za nami zasłabł chłopak z Węgier. Przyjechała karetka i helikopter, ale nikt z ekipy nie mówił wystarczająco po angielsku, a żaden z wędrujących wystarczająco po hiszpańsku. Więc zabrałam się z karetką „na tłumacza”. Mimo, że wyglądało to groźnie chłopakowi koniec końców nic nie jest – ale po nocnej obserwacji w szpitalu musi wrócić do domu.

My, na szczęście, wędrujemy dalej.

W sumie dobrze się składa, że zazwyczaj wifi jest kiepskie i wolne lub nie ma sieci 🙂 – można odpocząć od maili itp itd. Niestety konsekwencja jest taka że prawie nie udaje się nam wrzucać zdjęć na bloga… Za to na fejsbukowej stronie lensesinabackpack udaje nam się regularnie wrzucać zdjęcia o mniejszej rozdzielczości 🙂 więc polecamy nas odwiedzać na FB 🙂