Surfujące kozy

Jeszcze w Labuan Bajo , w warungu pt. wok na ziemi i dwa stoły, spotkaliśmy Szwajcara, który właśnie przejechał całą wyspę ze wschodu na zachód. Powiedział, że był na Flores 20 lat temu i zachwycał się super nową i doskonałą drogą „Trans Flores Highway”. Dodał nam otuchy, bo w ciągu najbliższych dwóch tygodni chcemy zrobić to samo co on, tylko w odwrotnym kierunku czyli przejechać z Labuan Bajo do Maumere. Wyjazd z Labuan Bajo zaplanowaliśmy na 24 lipca. Dzielnie zrezygnowaliśmy z autobusu dla turystów i o 5 rano ruszyliśmy w poszukiwaniu busa dla lokalsów. Poszło szybko – po jakichś 15 …

Typowe, zakurzone i brudne azjatyckie miasteczko

Jesteśmy na Flores. Statkiem dopłynęliśmy do Labuan Bajo. Jak to określił jeden z naszych współpasażerów „typowe, zakurzone i brudne azjatyckie miasteczko”. A przy tym drogie jak jasny gwint! Przynajmniej jeżeli chodzi o ceny dla turystów. Średnio dwa razy drożej niż na Bali czy Lomboku. Miejsc noclegowych jak na lekarstwo. Zrobiliśmy rundkę wokół miasta, podczas której słyszeliśmy głównie „sorry, full”. W akcie desperacji chcieliśmy już iść spać na podłodze w zakonie urszulanek. W końcu znaleźliśmy hotel na wzgórzu – ceny też były „wzgórzowe”. Na szczęście kiedy powiedzieliśmy, że jesteśmy z Poland a nie Holland właściciel dość mocno się ucieszył i zaczął …

Trzy dni, dwie noce, trzy smoki

Tym razem będzie dużo zdjęć i mało tekstu. Ania pewnie więcej napisze wieczorem 🙂 Ostatnie trzy dni spędziliśmy na morzu. Co jakiś czas schodząc na piękną plażę aby trochę po podglądać rybki i popływać wśród nich z maską i rurką. Clue programu miało być oglądanie smoków z Komodo. Muszę przyznać, że my nie zapytaliśmy, oni nie powiedzieli sami z siebie, nikt tego chyba nie napisał ani na blogu ani w przewodniku, że w szczycie sezonu turystycznego smoki mają okres godowy i radośnie, wbrew interesom turystów, udają się najpierw w góry, a potem po walkach o samice do jaskiń 🙂 Tak …

2640 m n.p.m.

No więc… najwyraźniej postanowiliśmy popełnić samobójstwo poprzez wejście na kalderę krateru pod świętą górą Rinjani. Wszystko zaczęło się o 5 rano, kiedy przyjechał po nas jeep i zabrał nas na północ wyspy do wioski Senaru. W bazie Rinjani Trekking Club dostaliśmy cholernie mocną kawę i nieśmiertelny „banana pancake” po czym przejął nas przewodnik i poznaliśmy naszych dwóch tragarzy. My uzbrojeni jak na Mount Everest w buty trekkingowi, oni w japonkach lub boso. Na początku było nam strasznie niekomfortowo i głupio, że ktoś niesie za nas jedzenie i mnóstwo wody, namiot, maty i śpiwory. Jeszcze gorzej nam się zrobiło, jak się …

Jedzonko i takie tam…

Odgrażaliśmy się, że będzie o jedzeniu, więc będzie. W jednym zdaniu: jedzenie jest obłędnie dobre. Na śniadanie dostajemy zazwyczaj słynny azjatycki wynalazek – „banana pancake” czyli naleśnik z bananami. Ania ma go już trochę dość, Krzysiek nadal pałaszuje ze smakiem. Pytaliśmy lokalsów, co jedzą na śniadanie i okazuje się, że żaden banana pancake tylko ryż z czymś, czyli dokładnie to samo, co my wcinamy na obiad i na kolację. Wczoraj na promie ok. godziny 9 rano krążyło kila pań sprzedających właśnie taki ryżyk zawinięty w liście bananowca, który lokalsi dzielnie kupowali i jedli, więc chyba za niedługo się na taki …

O dwóch takich, co uciekli z Bali…

No dobra… Bali na pewno jest piękną wyspą, ale… turystów jest tyle co w Rzymie lub Paryżu i to razem wziętych. Na pobliskim Lomboku miejscowi mówią, że na Bali jest tak wielu białych, że mogliśmy się poczuć jak u siebie w Europie. Jeszcze więcej niż turystów jest naganiaczy wszelkiej maści. A jeszcze więcej jest aut, busów i motocykli. Nawet jadąc przez dżunglę trudno jest wziąć wolny od spalin oddech. Więc generalnie po tygodniu stwierdzamy, że szanse na raka przynajmniej płuc wzrosły u nas gwałtownie. Dlatego szybciej niż myśleliśmy uciekliśmy na Lombok. Wcześniej odwiedziliśmy Lowinę – mini kurort na północy Bali. …

Szkoła asertywności

Postanowiliśmy pobyć „turystami” i zwiedzić okolice. Na Bali w sumie nie ma transportu publicznego, poza taksówkami, więc zwiedzanie nie jest takie łatwe jakby się wydawało. Zdecydowaliśmy się na wycieczkę z lokalnego biura informacji turystycznej, bo wydawała się najpewniejsza i najrozsądniejsza. Wszystko zaczęło się pięknie. Przyjechał rozgadany kierowca i zapakował nas, parę Niemców oraz Koreankę do busika. Już przy pierwszej świątyni okazało się jak wiele było napisane małym drukiem i jak mało jesteśmy asertywni. Oczywiście absolutnie i koniecznie i bezdyskusyjnie trzeba było kupić sarongi, bo bez nich nie można wejść do żadnej świątyni. Nie dość, że za nie przepłaciliśmy, to jeszcze …

Sorry, what is pope?

Dzień  zaczęliśmy leniwie – od wyspania się i śniadania w pokoju pt.  smażone banany + owoce + owocowy koktajl.  Poszwędaliśmy się wte i wewte po Ubud lawirując między milionem skuterów, dwoma milionami turystów i panami wołającymi „taxi, taxi” „no?” „maybe tomorrow”. Zrobiliśmy przerwę na burżujsko-hipsterską kawę, która kosztowała nas więcej niż wczorajsza kolacja. To pewnie przez to, że siedzi się na dizajnerskich fotelach – plastikowe ogrodowe krzesełka mają dodane drewniane płozy, a wszystko podawane jest w artystycznie wygrawerowanych słoikach. A potem czym prędzej uciekliśmy na mini-treka na pola ryżowe – ewidentnie to miejsce schadzek młodych zakochanych 😉 Widoki piękne! Gorąco …