2640 m n.p.m.

No więc… najwyraźniej postanowiliśmy popełnić samobójstwo poprzez wejście na kalderę krateru pod świętą górą Rinjani. Wszystko zaczęło się o 5 rano, kiedy przyjechał po nas jeep i zabrał nas na północ wyspy do wioski Senaru. W bazie Rinjani Trekking Club dostaliśmy cholernie mocną kawę i nieśmiertelny „banana pancake” po czym przejął nas przewodnik i poznaliśmy naszych dwóch tragarzy. My uzbrojeni jak na Mount Everest w buty trekkingowi, oni w japonkach lub boso. Na początku było nam strasznie niekomfortowo i głupio, że ktoś niesie za nas jedzenie i mnóstwo wody, namiot, maty i śpiwory. Jeszcze gorzej nam się zrobiło, jak się …

Jedzonko i takie tam…

Odgrażaliśmy się, że będzie o jedzeniu, więc będzie. W jednym zdaniu: jedzenie jest obłędnie dobre. Na śniadanie dostajemy zazwyczaj słynny azjatycki wynalazek – „banana pancake” czyli naleśnik z bananami. Ania ma go już trochę dość, Krzysiek nadal pałaszuje ze smakiem. Pytaliśmy lokalsów, co jedzą na śniadanie i okazuje się, że żaden banana pancake tylko ryż z czymś, czyli dokładnie to samo, co my wcinamy na obiad i na kolację. Wczoraj na promie ok. godziny 9 rano krążyło kila pań sprzedających właśnie taki ryżyk zawinięty w liście bananowca, który lokalsi dzielnie kupowali i jedli, więc chyba za niedługo się na taki …

O dwóch takich, co uciekli z Bali…

No dobra… Bali na pewno jest piękną wyspą, ale… turystów jest tyle co w Rzymie lub Paryżu i to razem wziętych. Na pobliskim Lomboku miejscowi mówią, że na Bali jest tak wielu białych, że mogliśmy się poczuć jak u siebie w Europie. Jeszcze więcej niż turystów jest naganiaczy wszelkiej maści. A jeszcze więcej jest aut, busów i motocykli. Nawet jadąc przez dżunglę trudno jest wziąć wolny od spalin oddech. Więc generalnie po tygodniu stwierdzamy, że szanse na raka przynajmniej płuc wzrosły u nas gwałtownie. Dlatego szybciej niż myśleliśmy uciekliśmy na Lombok. Wcześniej odwiedziliśmy Lowinę – mini kurort na północy Bali. …

Szkoła asertywności

Postanowiliśmy pobyć „turystami” i zwiedzić okolice. Na Bali w sumie nie ma transportu publicznego, poza taksówkami, więc zwiedzanie nie jest takie łatwe jakby się wydawało. Zdecydowaliśmy się na wycieczkę z lokalnego biura informacji turystycznej, bo wydawała się najpewniejsza i najrozsądniejsza. Wszystko zaczęło się pięknie. Przyjechał rozgadany kierowca i zapakował nas, parę Niemców oraz Koreankę do busika. Już przy pierwszej świątyni okazało się jak wiele było napisane małym drukiem i jak mało jesteśmy asertywni. Oczywiście absolutnie i koniecznie i bezdyskusyjnie trzeba było kupić sarongi, bo bez nich nie można wejść do żadnej świątyni. Nie dość, że za nie przepłaciliśmy, to jeszcze …

Sorry, what is pope?

Dzień  zaczęliśmy leniwie – od wyspania się i śniadania w pokoju pt.  smażone banany + owoce + owocowy koktajl.  Poszwędaliśmy się wte i wewte po Ubud lawirując między milionem skuterów, dwoma milionami turystów i panami wołającymi „taxi, taxi” „no?” „maybe tomorrow”. Zrobiliśmy przerwę na burżujsko-hipsterską kawę, która kosztowała nas więcej niż wczorajsza kolacja. To pewnie przez to, że siedzi się na dizajnerskich fotelach – plastikowe ogrodowe krzesełka mają dodane drewniane płozy, a wszystko podawane jest w artystycznie wygrawerowanych słoikach. A potem czym prędzej uciekliśmy na mini-treka na pola ryżowe – ewidentnie to miejsce schadzek młodych zakochanych 😉 Widoki piękne! Gorąco …

Eloł, eloł, senkju, senkju

Dotarliśmy – najpierw na Jawę. Po dunajskich luksusach lotnisko w Dżakarcie jakieś takie małe…  i wszystko dzieje się znacznie, znaaaaaaaaaaaaacznie wolniej.  Do odprawy międzynarodowej stało nas z 20 osób, obsługiwał jeden pogrążony w swoim świecie koleś, a mentalnie wspierało go z 10 kolegów stojących pod ścianą.  Ale koniec końców udało się, dostaliśmy pieczątki, odebraliśmy bagaże, przeszliśmy kontrolę bezpieczeństwa, wysłuchaliśmy z milion razy „eloł,  Elom, senkju, senkju” …  i wylądowaliśmy tuż przed lotniskiem szukając busa do Terminalu 3. Bus się znalazł. Na oko 20 lat, ale klima działała. Miejsc siedzących 12. Miejsc stojących z 50, a na wcisk 60 😉 Po …

Stacja międzygalaktyczna

Przetrwaliśmy 20h na lotnisku w Dubaju 😉 Naoglądaliśmy się zdjęć “szejka ojca Dubaju” i ledwo możemy uwierzyć, że w latach 60. nie było tu wiele więcej niż dziura w ziemi, pardon piasku, a samoloty lądowały na wodzie. Nie śmierdzimy (tak nam się wydaje) tylko jesteśmy dość mocno niewyspani, bo marmurowe posadzki średnio wygodne są. Lotnisko przypomina stację “międzygalaktyczna” ze Star Treka. Z jednej strony eleganccy i wyniuchani w garniturach, z drugiej kobiety w burkach, z trzeciej mnisi w białych prześcieradłach, a z czwartej kobiety, które zapewne w torbach mają kury i kozy! Każdy mówi innym językiem, z obsługą lotniska włącznie, …