Z Boawae przez Ende do Moni

Wkładamy plecaki, ostatni raz idziemy wzdłuż alei cele brytów żegnani okrzykami „Hello Mister!”. Dzielnie stajemy przy drodze i czekamy. Podjeżdża do nas ojek (motocykl-taksówka) i przez kolejne pół godziny rozmawiamy z jego właścicielem, który uwaga, uwaga: NIC OD NAS NIE CHCE poza rozmową. Dochodzimy do wniosku, że nauczyciele mało zarabiają, a rządy są skorumpowane. Najbardziej ojeka rozbawiło to, że ktoś może chcieć mieć ciemną skórę i się opalać. A już kompletnie nie pojmował po co komu kosmetyki samoopalające i bronzery. W Indonezji większość kosmetyków ma składniki wybielające. W końcu nadjeżdża nasz autobus (choć autobus to dużo powiedziane). A nasz ojek …

Jak zostać celebrytą

Jak zostać celebry tą? Nic prostszego – trzeba obudzić się rano w Bajawie. Pójść z wielkimi plecakami na targ, szukać busa (mimo, że wszyscy się z ciebie śmieją i wmawiają ci, że na miejsce możesz dojechać jedynie czarterem albo taksówką, która oczywiście kosztuje 5 razy drożej), a na koniec po 1,5 godzinie wysiąść w Boawae. Teraz wystarczy przejść się przez wieś, żeby z każdej szkoły i każdego okna usłyszeć „Hello Mister!”. A tak na serio to… nie do końca odnajdujemy się w roli atrakcji turystycznej. Dorośli i małe dzieciaki są strasznie miłe. Natomiast przerażające jest to, że tak na oko …

Wielka kąpiel

Wbrew wszelkim oczekiwaniom wyruszyliśmy punkt 8:30. Na całą naszą ósemkę czekały dwa afro-reggae busy. Nie chcecie wiedzieć jak bardzo były przerdzewiałe i dziurawe i jak niewiele widział kierowca zza sterty pluszaków przyklejonych do szyby i ustawionych na desce rozdzielczej. Nasz ubezpieczyciel też pewnie wolałby nie wiedzieć. Nasz sprawiający wrażenie cwaniaka przewodnik okazał się naprawdę świetny. Na pierwszy ogień zabrał nas do swojej rodzinnej wioski i do domu swojej mamy. Siedząc w świętej izbie przy herbacie słuchaliśmy opowieści o ludziach z Flores. Jeżeli nie wiedzieliście, to Flores jest w 90% katolicka, co nie przeszkadza lokalsom rozróżniać między „religią” czyli katolicyzmem, a …

Surfujące kozy

Jeszcze w Labuan Bajo , w warungu pt. wok na ziemi i dwa stoły, spotkaliśmy Szwajcara, który właśnie przejechał całą wyspę ze wschodu na zachód. Powiedział, że był na Flores 20 lat temu i zachwycał się super nową i doskonałą drogą „Trans Flores Highway”. Dodał nam otuchy, bo w ciągu najbliższych dwóch tygodni chcemy zrobić to samo co on, tylko w odwrotnym kierunku czyli przejechać z Labuan Bajo do Maumere. Wyjazd z Labuan Bajo zaplanowaliśmy na 24 lipca. Dzielnie zrezygnowaliśmy z autobusu dla turystów i o 5 rano ruszyliśmy w poszukiwaniu busa dla lokalsów. Poszło szybko – po jakichś 15 …

Typowe, zakurzone i brudne azjatyckie miasteczko

Jesteśmy na Flores. Statkiem dopłynęliśmy do Labuan Bajo. Jak to określił jeden z naszych współpasażerów „typowe, zakurzone i brudne azjatyckie miasteczko”. A przy tym drogie jak jasny gwint! Przynajmniej jeżeli chodzi o ceny dla turystów. Średnio dwa razy drożej niż na Bali czy Lomboku. Miejsc noclegowych jak na lekarstwo. Zrobiliśmy rundkę wokół miasta, podczas której słyszeliśmy głównie „sorry, full”. W akcie desperacji chcieliśmy już iść spać na podłodze w zakonie urszulanek. W końcu znaleźliśmy hotel na wzgórzu – ceny też były „wzgórzowe”. Na szczęście kiedy powiedzieliśmy, że jesteśmy z Poland a nie Holland właściciel dość mocno się ucieszył i zaczął …

Trzy dni, dwie noce, trzy smoki

Tym razem będzie dużo zdjęć i mało tekstu. Ania pewnie więcej napisze wieczorem 🙂 Ostatnie trzy dni spędziliśmy na morzu. Co jakiś czas schodząc na piękną plażę aby trochę po podglądać rybki i popływać wśród nich z maską i rurką. Clue programu miało być oglądanie smoków z Komodo. Muszę przyznać, że my nie zapytaliśmy, oni nie powiedzieli sami z siebie, nikt tego chyba nie napisał ani na blogu ani w przewodniku, że w szczycie sezonu turystycznego smoki mają okres godowy i radośnie, wbrew interesom turystów, udają się najpierw w góry, a potem po walkach o samice do jaskiń 🙂 Tak …

2640 m n.p.m.

No więc… najwyraźniej postanowiliśmy popełnić samobójstwo poprzez wejście na kalderę krateru pod świętą górą Rinjani. Wszystko zaczęło się o 5 rano, kiedy przyjechał po nas jeep i zabrał nas na północ wyspy do wioski Senaru. W bazie Rinjani Trekking Club dostaliśmy cholernie mocną kawę i nieśmiertelny „banana pancake” po czym przejął nas przewodnik i poznaliśmy naszych dwóch tragarzy. My uzbrojeni jak na Mount Everest w buty trekkingowi, oni w japonkach lub boso. Na początku było nam strasznie niekomfortowo i głupio, że ktoś niesie za nas jedzenie i mnóstwo wody, namiot, maty i śpiwory. Jeszcze gorzej nam się zrobiło, jak się …

Jedzonko i takie tam…

Odgrażaliśmy się, że będzie o jedzeniu, więc będzie. W jednym zdaniu: jedzenie jest obłędnie dobre. Na śniadanie dostajemy zazwyczaj słynny azjatycki wynalazek – „banana pancake” czyli naleśnik z bananami. Ania ma go już trochę dość, Krzysiek nadal pałaszuje ze smakiem. Pytaliśmy lokalsów, co jedzą na śniadanie i okazuje się, że żaden banana pancake tylko ryż z czymś, czyli dokładnie to samo, co my wcinamy na obiad i na kolację. Wczoraj na promie ok. godziny 9 rano krążyło kila pań sprzedających właśnie taki ryżyk zawinięty w liście bananowca, który lokalsi dzielnie kupowali i jedli, więc chyba za niedługo się na taki …