Szkoła asertywności

posted in Travel

Szkoła asertywności

Postanowiliśmy pobyć „turystami” i zwiedzić okolice. Na Bali w sumie nie ma transportu publicznego, poza taksówkami, więc zwiedzanie nie jest takie łatwe jakby się wydawało. Zdecydowaliśmy się na wycieczkę z lokalnego biura informacji turystycznej, bo wydawała się najpewniejsza i najrozsądniejsza.
20130711-131810.jpg
Wszystko zaczęło się pięknie. Przyjechał rozgadany kierowca i zapakował nas, parę Niemców oraz Koreankę do busika. Już przy pierwszej świątyni okazało się jak wiele było napisane małym drukiem i jak mało jesteśmy asertywni. Oczywiście absolutnie i koniecznie i bezdyskusyjnie trzeba było kupić sarongi, bo bez nich nie można wejść do żadnej świątyni. Nie dość, że za nie przepłaciliśmy, to jeszcze się okazało, że w większości świątyń sarongi wypożyczano za darmo, albo wręcz wystarczyło mieć spodnie za kolano albo przewiązać się materiałowym paskiem udostępnianym przez strażników świątynnych. Na terenie jednej ze świątyn grasowały bandy pseudoprzewodników, którzy próbowali wymuszać datki na świątynię, przekonywać, że bez tego nie możemy zwiedzić świątyni, a zwiedzanie jest tylko za dodatkową opłatą z przewodnikiem. Do tego przekonywali nas, że za dodatkowe pieniądze wprowadzą nas do zamkniętej dla niewiernych części. Na szczęście wiedzieliśmy, że tam nie ma wstępu nikt z przewodnikiem czy bez, a świątynię można zwiedzić kupując bilet wstępu, który już wcześniej nabyliśmy.
20130711-132131.jpg
Dalej było już tylko lepiej – okazało się, że aby wjechać na drogę prowadzącą wzdłuż kaldery wulkanu każdy turysta musi zapłacić. Ale niech będzie kaldera była tego warta. Wtedy nasz kierowca zaproponował nam zrobienie przerwy na lunch. Całą piątką się na to demokratycznie zgodziliśmy. Demokracji i swobody w wyborze miejsca już nie było. Kierowca, dalej z szerokim uśmiechem, wywiózł nas poza miasteczko do „restauracji z widokiem”. Dziwnym trafem były tam akurat wszystkie autobusy turystyczne z okolicy. Ledwie wysiedliśmy z busa, a dopadły nas dzieci i kobiety wrzeszczące „one dolar!” a to za kartki, a to za sarongi, a to za plastikowe kwiatki. Jak się okazuje zwyczajne „no thank you” nie wystarcza. Na szczęście robiliśmy groźne miny, i szybko spławialiśmy handlarzy wszelkiej maści. Chociaż nie jest to łatwe. Za to nasza biedna Koreanka, która próbowała dyskutować, była oblepiona jak lep na muchy.
20130711-132445.jpg
W obiedzie dobry był tylko widok, a i tak nie był wart swojej ceny. 10000 razy lepsze jedzenie jedliśmy w warungach (małe barko-knajpki) za 2000000 razy mniej!
20130711-132715.jpg
W sumie, wykupując wycieczkę wiedzieliśmy, że wstępy są płatne osobno. Ale nie sądziliśmy, że zapłacimy za nie prawie drugie tyle, co za wycieczkę. Ceny podane w Lonley Planet są zdecydowanie bardzo nieaktualne – wzrosły ponad dwukrotnie. I chociaż wycieczka była tego warta, to pozostaje nam niesmak bycia naciągniętymi, płacenia frycowego na każdym kroku ze sponsorowaniem znajomej restauracji włącznie. Pozytyw jest taki – byliśmy na plantacji kawy i kawę na zimowe wieczory w Polandi nabyliśmy drogą kupna nienegocjacyjnego – tej ostatniej sztuki wciąż się uczymy.

20130711-132903.jpg

1 comment

  1. Opłaca się jeżdżenie skuterem albo wynajęcie auta z kierowcą. Praktykowałam czasem to drugie i naprawdę sporo zobaczyłam za relatywnie niewysoką cenę, a to ja decydowałam, co chcę zobacyć i gdzie zjeść. Mżona też lokalnym transportem dostać się w różne miejsca, taki transport wbrew pozorom jest, są to busiki, trzeba popytać lokalesów, gdzie się zatrzymują albo skorzystać z shared taxi dla turystów. Ale na początku zawsze płaci się frycowe;)

Comments are closed.